Świetlica środowiskowa „Klub Narnia”

W Olsztynie wiele dzieci i młodzieży cierpi z powodu zaniedbań, ubóstwa, przemocy, niedożywienia, uzależnienia rodziców. Po niektórych z nich tego nie widać. Dobrze się uczą, mają przyjaciół, jak ich rówieśnicy; na pierwszy rzut oka dobrze funkcjonują. Inne borykają się z wieloma zaburzeniami. Jeszcze inne już dawno zostały spisane na straty i zakwalifikowane jako te sprawiające w domu i szkole problemy.

Dla wszystkich tych dzieci została stworzona świetlica środowiskowa „Klub Narnia”. Nie jesteśmy w stanie zebrać w jednym miejscu każdego potrzebującego dziecka, pomóc każdemu chłopcu i każdej dziewczynce. Świetlicę prowadzą jednak chrześcijanie, a wszelkie sprawy powierzane są w modlitwach Bogu. Wierzę, że ci, którzy do nas trafili, znaleźli się tam nie z przypadku. Może to slogan, ale Bóg po prostu na tym miejscu działa.

Narnia przechodziła swoje transformacje, jednak jako punkt przyjmujący dzieci codziennie po lekcjach, istnieje już od pięciu lat. Niektórzy przychodzili do niej od samego początku, „starzeli” się razem z nią i przeżywali jej historię na bieżąco.

Najnowszym, najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem była nasza przeprowadzka. Do tej pory „Klub Narnia” korzystał z gościnności zboru Chrystusowego na Warmińskiej, jednak od maja mamy już nowy, wyremontowany, jeszcze lepiej przystosowany do naszych potrzeb budynek zaledwie kilka uliczek dalej, na ul. Mazurskiej 13. Lokal, który dzieciaki uważają za swój drugi dom, znają obowiązujące w nim zasady, a gościom przypominają o tym, żeby nie brudzić przyniesionym z podwórka piachem, dokładnie wycierać buty, a już najlepiej to w ogóle przynieść sobie jakieś na zmianę!

Moja przygoda z Narnią zaczęła się dwa lata temu, właśnie zaczynałam studia i początkowo nie spodziewałam się, że to w ogóle wypali, a co dopiero będzie tyle trwało. Pamiętam pierwszy dzień, wlepione spojrzenia, nazywanie mnie „ciocią”. Dzieciaki garnęły się, chociaż wcale mnie nie znały, chciały odrabiać razem lekcje, fascynowało je, że przyszedł ktoś nowy, wypytywały… Po jakimś czasie jeden z wychowawców powiedział, że byłam wtedy niemal takim zagubionym dzieciakiem, jak niektórzy z tych, których miałam uczyć. „Zagubiony dzieciak” został. A było trudno. Naprawdę. Bo świetlica, to nie tylko sielanka, wspólne zabawy, przytulanie, radość z drobnych sukcesów. Trzeba pamiętać, że to często jedyne miejsce, w którym dzieci mogą być sobą, nie muszą się kryć ze swoimi emocjami, z którymi zazwyczaj nie potrafią się uporać. Bywa, że wiele problemów w domu czy szkole nawarstwia się tygodniami, a potem wybucha. Akurat na świetlicy. Akurat w dniu, kiedy chciałbyś, by wszystko przebiegało jak najsprawniej, bo na studiach czy w pracy nie było zbyt spokojnie. Łatwo wtedy stracić nad sobą kontrolę. To dlatego każde świetlicowe popołudnie zaczynamy modlitwą, prosząc o siły, cierpliwość, działanie Ducha Świętego.

Każdy dzień ma swój plan. Niemal niezmienny, wypracowany przez te lata, jak na razie się sprawdzający. Czas wolny do 15:30, odrabianie lekcji, posiłek o 17:00, zajęcia. I tutaj już bywa różnie – sportowe (chyba najbardziej lubiane), biblijne, plastyczne, muzyczne, matematyczno-logiczne lub te w ostatnich dniach najczęstsze – wyjście na podwórko przy dobrej pogodzie. O 18:30 dzieci rozchodzą się do domów.

Przez wakacje świetlica jest zamknięta i zobaczymy się jedynie na wspólnym obozie w górach pod koniec lipca. Ruszamy znów od września. Nie trzymajcie za nas kciuków. Módlcie się, żeby Pan Bóg nam błogosławił!

Gosia