„Dzieci miłujmy się nie słowem ani językiem ale czynem i prawdą”

Ostatnio każdej niedzieli jesteśmy witani hasłem „Nie chodzimy do kościoła, jesteśmy kościołem”. Naprawdę miło tak o sobie pomyśleć. Czy to ma podkreślić naszą wyjątkowość wobec powszechnego na świecie kościelnictwa czy niedzielniactwa czy innej formy religijności, której fundamentem jest zazwyczaj zabobonna praktyka, przyzwyczajenie lub potrzeba jakiejkolwiek przynależności? Jeśli zgadzamy się, że jesteśmy kościołem, co to dla nas znaczy? Czy można powiedzieć, że oznacza to to samo co, że jesteśmy narodem? Czy może ma również analogiczne znaczenie jak stwierdzenie, że jesteśmy np. towarzystwem ubezpieczeniowym.

Zastanawiam się, że to może mieć jakiś sens. Dobrze ulokowany czas i pieniądze w polisie na życie po życiu! I to bez zbędnych utrudnień w doczesności. Jakże często współczesne, zachodnie chrześcijaństwo przypomina taki model. Żyjemy z reguły porządnie, bez specjalnej refleksji, nawet wg. własnej interpretacji zasady „co boskie Bogu”, z wiarą, a jakże, z wiarą, że to nas zabezpieczy na wypadek gdyby jednak po śmierci coś się miało dziać poza naszą kontrolą. Bo przecież najważniejsze jest życie tu i teraz. Nasze życie. Ze szczególnym naciskiem na słowo „nasze”, podporządkowane zasadą przez nas akceptowanym, w granicach i prawach wyraźnie określonych przez nas. Prawo do tego „naszego” pozwala usprawiedliwić każdy objaw i bezmiar egoizmu jaki towarzyszy podejmowanym decyzjom. Nasz kościół to również  synonim szufladki, z której w razie potrzeby wyciągamy lekarstwa na smutki i zwątpienia lub na brak poczucia wartości i sensu, a do której od czasu do czasu wrzucimy jakieś resztki naszego życia umownie zwane dziesięciną. Taki kościół jest bardzo potrzebny w wyznaczaniu rytmu wg. którego wygodnie jest żyć. Jeśli jesteśmy takim kościołem, to tylko do niego chodzimy.

A jeśli kościół rozumiemy tak jak rozumiemy naród, to o jakim narodzie myślimy? Jak wąsko lub jak szeroko? Często los naszego narodu obchodzi nas tylko w kontekście bezpieczeństwa nas samych, naszych rodzin. A jeśli naród jest w potrzebie? W pierwszym dniu wybuchu II wojny światowej z radia padło pamiętne stwierdzenie „Wojna! wszyscy jesteśmy żołnierzami”. Kościół, którego częścią powinniśmy być, który jest w stanie permanentnej wojny, jest jak naród. Jakie to dla nas wydaje się niedorzeczne, nawet jeśli słyszymy odległe wieści wojenne. Przecież to nas nie dotyczy. A jednak? Jezus wyznaczył granice kościoła i swojego narodu, których nie jesteśmy w stanie objąć nasza kontrolą i wyobrażeniem. Sięgają one wieczności i wszechświata. Za bycie tym kościołem codziennie wielu ludzi traci życie, cały majątek, poczucie cennego bezpieczeństwa i wolność. Nie znamy ich zazwyczaj po imieniu, ani z widzenia, nie spotkamy ich na naszych kościelnych spotkaniach, nawet nie prześlą nam kartki z życzeniami na święta. Być może przechodząc ulica ich miasta, nikt z nich nie spieszyłby podać wam rękę na powitanie. Być może jesteśmy dla nich tak samo nierealni jak oni dla nas. Cóż z tego, że nie rozpoznawalni fizycznie jeśli powinni być bliscy w „duchu i prawdzie” jak bracia i siostry, jak najbliżsi przyjaciele. Nasz Naród nie ma granic, nie ma języka, nie ma koloru skóry, nie ma polityki, nie ma światowych przywódców i wszystkiego tego jest widzialnym znakiem przynależności. Wszystko co możesz zobaczyć oczyma odda cię do istoty tego Narodu, który jednoczy się wyłącznie w Jezusie i Jego Duchu. Ten Naród, którego królem jest Jezus, nigdy dotąd jeszcze nie był tak prześladowany jak teraz.

W każdym niemal krańcu świata, zbierają się czarne chmury nad tymi, którzy wierzą, że „Nie chodzą do kościoła ale Są Kościołem w duchu i w prawdzie”. Jeśli więc nas to nie dotyka, jeśli nie czujemy potrzeby żeby stanąć do boju w modlitwie i w czynie, żeby dla ratowania swojego narodu ponieść każde koszty i trudności, to jakim kościołem my jesteśmy? Dziś zastanawiasz się może czy powinieneś zwiększyć swoja jałmużnę na wsparcie prześladowanego kościoła. To trochę jak dylemat czy wpłacić na fundację ratująca ginące wieloryby, żeby uciszyć wyrzuty sumienia. Zawsze można powiedzieć, że nasza społeczność w miłości aktywnie wspiera prześladowanych braci. Jezus powiedział, że nie ma większej Miłości nad tą jeśli ktoś życie swoje oddaje za bliźnich, za rodaków. Jaka jest różnica między miłością a Miłością? Gdzie są granice Twojego Kościoła, którego częścią podobno jesteś?

Konrad Nowak